2010
02.05

Warszawa pod koniec XIX w. i na początku XX-tego, na tle innych, dużych miast Europy była (i chyba nadal jest ) dziwnym miastem, które odwróciło się od płynącej przez nie rzeki. W starej prasie a konkretnie Tygodniku Ilustrowanym z 1916 roku wynalazłem taki oto artykuł traktujący o Powiślu. Zwróćcie uwagę na postulowane rozszerzenie pojęcia ‘powiśle’ oraz odbudowę północnej dzielnicy – to ostatnie zaczęto wcielać w życie za lat 20-cia.

Powiśle

Druga polowa wieku XIX-go, a ściślej biorąc ostatnia ćwierć tego wieku sprowadziła przewrót w rozwoju wielkich miast. Prysnęły wówczas kamienne obręcze, a światło i przestrzeń wtargnęły w obręb murów, do niedawna jeszcze zacieśnionych i brudnych. Rozległo się wszędzie głośne wołanie o słońce i powietrze, o parki i ogrody, a w imię tych nawoływań zwycięski oskard począł kruszyć całe nawet dzielnice, zachowując jedynie to, co, jako cenny zabytek przeszłości, domagało się zachowania i konserwacyi. Były oczywiście, bo musiały być w tym kierunku pomyłki; przez nieopatrzność i niewiedzę zburzono to i owdzie szacowną nawet pamiątkę, naogół jednak stało się dobrze. Miasta zyskały na tern. Estetyka ich podniosła się, a warunki hygieniczne poprawiły się* znacznie.
Tak powstały nowe, „Hausmanowskie” dzielnice w Paryżu, szerokie „Ringi” w Wiedniu, tak powstał także wymustrowany, równy, z kamienicami wyeiągniętemi pod sznur, jak pułk grenadyerów na rewii, „wielki Berlin”, wzbogacony przez włączone do miasta terytorya sąsiednie, tak rozprysnął się Londyn na swoje w zieleni tonące przedmieścia, odległe od City o kilkanaście i kilkadziesiąt kilometrów, a – jednak połączone ze śródmieściem za pomocą łatwej i dogodnej, komunikacyi. Z łych stopniowych przeobrażeń narodził się wreszcie ideał na wskroś nowoczesny—miasto-ogród, owo garden-city, ku któremu tęsknią teraz wszystkie większe środowiska ludzkie.
W okresie tym jedna tylko Warszawa, dzięki zawistnym i niesprzyjającym losom, nie mogła ani normalnie się rozrastać, ani przekształcać z dbałością o piękno i zdrowie. I stało się, że miasto, które posiada wszelkie warunki do tego, aby było miastem zdrowem i pięknem, zaniedbało się karygodnie w jednym i w drugim kierunku.
Dość wymienić jedną tylko dzielnicę „Powiśle”. Wszędzie, nawet tam, gdzie miasta nie mają w swoim obrębie tak wielkiej rzeki, jak Wisła, dzielnice nadbrzeżne należą do najpiękniejszych, są miejscami wycieczki i wypoczynku wieczornego dla ludności, szczycą się wielkimi gmachami publicznymi, przyciągają ku sobie obcych turystów i mówią im o bogactwie i kulturze narodu, który tu obrał sobie stolicę.
U nas odwrotnie. Powiśle stało się najbrudniejszą, najbardziej zaniedbaną dzielnicą Warszawy, miejscem, gdzie przez długie lata wywożono gruz i śmieci i gdzie wśród szycht z desek miały swoje siedziby kluby uliczników, ochrzczonych przez górne miasto pogardliwem mianem „łobuzów nadwiślańskich”.
Wprawdzie od roku 1885-go, t. j. od złożenia miastu przez inż. Devars’a projektu urządzenia bulwarów nadbrzeżnych, sprawa ta nie schodziła z porządku dziennego, ale warunki ówczesne przez długie lata nie pozwalały na realne jej traktowanie. Bulwary były dla Warszawy czemś, co mieszkało w jej marzeniu, w rzeczywistości tymczasem stan Powiśla był coraz opłakańszy.
Momentem zwrotnym w jego dziejach stała się dopiero budowa trzeciego mostu i podjęty równocześnie plan uregulowania koryta Wisły w obrębie miasta oraz zadrzewienia przestrzeni nadbrzeżnej pomiędzy starym mostem Kierbedzia a nowym, Poniatowskiego.
Tak powstał nad Wisłą skwer, który od razu inny nadał charakter całej dzielnicy i sprawę Powiśla przeprowadził szczęśliwie z dziedziny marzenia na pole realnych przedsięwzięć miejskich. Wyszły przy tej sposobności na jaw liczne, popełnione przedtem przez krótkowidztwo magistratu błędy, jak zeszpecenie perspektywy ul. Karowej wielkim kominem stacyi przepompowywania ścieków, wybudowanie elektrowni w miejscu jak najmniej do tego odpowiedniem i t. p.
Jednocześnie wyłonił się cały szereg nowych, śmiałych pomysłów, zmierzających ku nadaniu tej właśnie części miasta wyglądu jak najestetyczniejszego, odpowiadającego warunkom przyrodzonym dzielnicy, powołanej do odegrania pierwszorzędnej roli w Warszawie jutrzejszej, która, według słynnej przepowiedni Karola Lessepsa, ma świetną przed sobą przyszłość, jako punkt przecięcia wielkich krzyżownic Wschodu i Zachodu.
Pierwsza zabrała tu glos poezya. Przemówił w jej imieniu Ant. Lange, dając ujście swoim tęsknotom do Atlicnaion polskiego nad Wisłą. Wyobraźnia jego zabudowała nadbrzeże szeregiem gmachów o wdzięcznych formach klasycznych. Zjawił się więc tam przedewszystkiem, o ile nas pamięć nie myli, przeczuwany parlament polski, obok niego zaś szereg monumentalnych budowli muzealnych.
Minął jednak znów lat dziesiątek, zanim sprawę Powiśla ujęła w swoje ręce inżynierya miejska, która pod przewodnictwem gorącego zwolennika „wielkiej Warszawy”, inż. Załuskiego, przystąpiła do realnego już opracowywania planów regulacyjnych zaniedbanej dzielnicy.
Z kolei na opracowaniach tych oparło się Koło architektów, któremu zawdzięczamy jasny, wyrabiający się już dzisiaj w całem społeczeństwie pogląd na wagę i doniosłość pomyślnego dla miasta rozwiązania zagadnienia architektonicznego, jakiem jest niewątpliwie dla Warszawy dzielnica nadwiślańska.
Przedewszystkiem należy dzisiaj rozszerzyć pojęcie samego Powiśla. Z chwilą, kiedy cytadela utraciła swój dawny charakter, kiedy wszystko pozwala wróżyć, że, prędzej czy później, znajdzie się ona napowrót w obrębie miasta, wskrzeszając tradycye dawnego Źoliboża i Faworów, startych z oblicza ziemi przez rozkaz cesarza Mikołaja I-go, który tam właśnie obrał miejsce pod budowę fortecy, Powiśle warszawskie lewobrzeżne rozciągać się będzie na przestrzeni przynajmniej 5—6 kim., licząc od historycznych „stoków”, gdzie stały szubienice Trauguta, Jeziorańskiego, Źulińskiego, Toczyskiego i Krajewskiego, wzdłuż starego i nowego miasta aż do „Smoka” przy ul. Czerniakowskiej.
Jest to przestrzeń zbyt ponętna, aby, przystępując do jej uregulowania, nie .zdawać sobie sprawy z tego, jak zadanie to jestjkomplikowa-ne i jakiego wymaga nakładu pracy i troski wszechstronnej. Nic nie może tu być uczynione dorywczo. Wszystko posiadać musi organiczny i harmonijny związek pomiędzy sobą, jak ogniwa jednego łańcucha, leżącego u stóp Warszawy. Dlatego projekt regulacyi i zabudowania opracowany być musi w całości, nie fragmentami, z wyłączeniem wszelkich niespodzianek, któreby mogła zgotować miastu inicyatywa indywidualna poszczególnych właścicieli posesyi, położonych nad Wisłą.
A niebezpieczeństwo w tym względzie istnieje poważne. Dotyczy zaś ono tej przedewszystkiem części przyszłych bulwarów, która znajduje się pomiędzy mostami kolejowymi a mostem Kierbedzia. Wiadomo, że niektóre posesye dolno-staro-miejskie docierają do samych brzegów Wisły, że miasto nie posiada tam pasa gruntów, koniecznego do regulacyi, że jest zależne od takiego lub innego „widzi ml się” właściciela. Aby się od tego uwolnić i przy tworzeniu projektów mleć ręce naprawdę rozwiązane, należy więc przedewszystkiem zdobyć dla miasta te posesye, które dla przyszłych bulwarów w tym ich odcinku okażą się niezbędne.
Jak to uczynić—to już rzecz przyszłej Rady miejskiej, która niewątpliwie, mimo wszystkie, ciążące na niej, a związane z chwilą obecną zadania, nie przeoczy także i tej sprawy, tak blizkiej sercu wszystkich mieszkańców stęsknionej do szerszego oddechu starodawnej stolicy Polski.
Tymczasem—puśćmy jeszcze raz wodze marzeniu i cieszmy się plonem, jaki nam przyniósł konkurs na regulacyę Powiśla.

Plany regulacji Powiśla

Brak komentarzy

Dodaj własny komentarz